środa, 10 listopada 2010

Wędką po głowie

Dostałam wędkę. A dokładniej wędką po głowie. Zanim się sama opamiętałam, ktoś wysoko postawiony zafundował mi niezła „jazdę”. Z dnia na dzień zostałam z przysłowiową ręką w nocniku, bez widoków na przyszłość. Nic tylko usiąść i płakać, co też uczyniłam. Tyle, że łzy nie są dobrą przynętą na ryby. Trzy pudełka chusteczek później powiedziałam dość i chwyciłam tę wędkę, co nią dostałam po łbie i poszłam na ryby. Moja przyjaciółka dostała wózek inwalidzki. To dopiero wędka, nic tylko siedzieć i ryby łapać. Ja dostałam lżejszy model speeningowy. No ale jak się wcześniej żyło tylko na darowanych rybach i jeszcze narzekało, że nie tak przyprawione, albo gatunek nie taki, to teraz trzeba samemu łowić.
Siedzę, więc i łowię. I to łowienie tak mi się spodobało, że i innych do niego zachęcałam (i wciąż zachęcam). Otworzyłam nawet wędkodajnię, a i ryb trochę dorzucałam. Tylko jakoś wciąż nikogo na tym łowisku nie widać, a i inne pustkami świecą.
Pytam, co się stało, czemu nie łowisz? Najczęściej słyszę, że odwagi brakuje, albo, że łowisko nie takie, przynęta pewnie nie najlepsza a i pogoda na łowienie też zła. No cóż, można i tak. Zamykam, więc wędkodajnię i ruszam przed siebie. Mam w zadku, co inni zrobią ze swoimi wędkami. I mam tam też to wszystko, co świat sobie myśli i ocenia. Zbyt długo żyłam podług wizji innych, teraz przyszła pora na własną wizję. Zadzieram głowę do góry i przyglądam się szybowcom na niebie, zawieszonym nad moim światem. I już nie tęsknię za wolnością, jaką daje taki swobodny lot w przestworzach. Bo wolna jestem, od kiedy zrozumiałam czemu dostałam wędką po głowie i odważyłam się żyć. Nie ma, więc tęsknoty, jest tylko odwaga i radość.
Wędkujemy z przyjaciółką we dwie, ona już z inną wędką, bo wózek porzuciła na rzecz chodzenia. Tak się skubana z tą swoją wędką zawzięła, że tylko przykład brać.
Zaczynamy przypominać mistrzynie, bo łapiemy się na tym, że „życiowe pechy” i tak zwane nieszczęścia, traktujemy jak najcenniejsze dary. Bo to nasz własny surwival, który tylko wzmacnia.
Już się nie przejmuję ocenami innych, bo to ich problem, nie mój. Nie czekam już na wędkarzy, nawet tych, którzy dostali wędkę ode mnie, bo i po co? Zechcą pójść na łowisko, to pójdą. Poproszą o przynętę, dostaną, ale odwagi to ja im nie sprezentuję, bo nie mam takiej mocy. Zresztą, jak komuś wygodniej tylko patrzeć tęsknie w niebo za szybowcem lub sokołem, to jego wola, zresztą w pełni wolna.
Ja już wybrałam drogę i nie zamierzam z niej zbaczać, tylko dlatego, że z głębi siebie czasem wyłowię szczerzącego się rekina. Wyhodowałam takiego to i mam, co łapać. A jak złapię to wypatroszę i dalej idę, śpiewając pod nosem o swej dzikości. I szczerze się uśmiecham do tych skrzydlatych na górze, za tę wędkę, co mi nią po głowie dali.
A jak ktoś spyta, to powiem, że nie ma, co czekać na inną wędkę, inny czas i inną przynętę, od tych, co już się je ma, bo te są idealne na naszą miarę. Ale nie oglądam się już by zobaczyć, czy ktoś z tych rad skorzysta i pójdzie na łowisko. Jestem na to zbyt dzika.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz