O darze Matki Ziemi dla ochrony przed złem.



Dawno temu, kiedy Ziemia była bardzo młoda, w rozległych lasach i puszczach ludziom zagrażały nie tylko dzikie zwierzęta, ale też złe duchy, czarownice i różne upiory. Nieraz się zdarzało, że zły duch porwał duszę jakiegoś człowieka, a wtedy nawet silni i odważni wojownicy i myśliwi padali jakby bez życia, trawieni gorączką i bólem. Szamani i znachorzy musieli wtedy wędrować do odległych światów, gdzie mieszkały upiory i złe duchy, aby odzyskać duszę takiego nieszczęśnika. Nie raz jednak się zdarzało, że mimo siły i odwagi oraz pomocy dobrych duchów przegrywali swoją walkę i chory umierał.
Czasem nawet bywało i tak, że ci, których dusze ukradziono do mrocznego świata nawet śmierć nie uwalniała i wracali między żywych pełni gniewu i złości.
Ludzie bali się i szukali ochrony w samej Matce Ziemi. Matka Ziemia obiecała, że da ludziom ochronę i opiekę, toteż szamani wypatrywali uważnie spełnienia tej obietnicy.
W Klanie Niedźwiedzia, zajmującego samo serce puszczy, żył młody i silny wojownik o imieniu Arth, co w jego mowie oznaczało siłę niedźwiedzia w duszy. I rzeczywiście Arth był jednym z najodważniejszych i najsilniejszych wojów swego Klanu. Był dobrym i prawym człowiekiem, ale też, podobnie jak jego zwierzęcy imiennik należał do ludzi mało towarzyskich, a do tego szybko w gniew wpadał gdy mu ktoś przeszkadzał. Chadzał po puszczy własnymi ścieżkami nie zważając na złe duchy czające się na moczarach i w Górskich grotach.
Razu pewnego wracał do swej osady z takiej samotnej wędrówki gdy usłyszał szloch dziecka w zaroślach. A ponieważ miał dobre serce, zaraz poszedł za tym głosem. I po kilku krokach ujrzał małego chłopczyka, który leżał skulony na polanie i płakał. Arth już chciał do niego podbiec, gdy jakaś siła go zatrzymała. Spojrzał za siebie, a to gałęzie kolczastego krzewu pochwyciły jego płaszcz i trzymają. Nigdy wcześniej takich krzewów nie widział, ale teraz chciał tylko dziecko ratować.
- Nie szarp się, młody wojowniku i spójrz swoim sercem. – Odezwał się jakiś cichy kobiecy głos.
Arth zamarł i rozejrzał się. Zdało mu się, że między ciernistymi gałązkami mignął mu cień pięknej dziewczyny. Za plecami zaś usłyszał złowieszczy syk. Odwrócił się gwałtownie obnażając swój miecz i z przerażeniem ujrzał, że tam gdzie przed chwilą było szlochające dziecko, teraz siedzi straszliwy upiór, który pochwycił w swe szpony nieuważnego zająca leśnego.
Arth teraz dopiero dostrzegł, ze polana była kręgiem uroczyska. Gdyby kolczaste gałęzie go nie pochwyciły, to on mógł stać się ofiarą upiora, który omamiał wędrowców.
Wojownik cofnął się w głąb puszczy. O dziwo cierniowe gałązki już go nie trzymały.
Po powrocie do domu dlugo myślał o tym co się stało i o krzewie, który go przed złem uchronił. Ale przede wszystkim myślał o dziewczynie i słowach, które słyszał. Nie wiedział czy to moc uroczyska tak go omamiła, czy też duch jakiś czuwał nad nim.
Po kilku dniach tych rozważań udał się do jurty szamana i poprosił o radę. Zwierzył się ze swej przygody i swoich obaw.
Szaman kazał mu przyjść następnej nocy, po wcześniejszym poście i obmyciu się w świętym Strumieniu Klanu Niedźwiedzia.
Gdy Arth zjawił się u niego, szaman nakazał mu udać się do szałasu oczyszczeń. Sam towarzyszył mu, śpiewając i uderzając w swój bęben. Arth w gorących kłębach pary przesyconej mocą ziół poczuł, jak zapada się w siebie a potem frunie ku innym światom. Tam ujrzał dom wielki w koronach drzew zbudowany, gdzie sama Matka Ziemia mieszkała. Wyszła mu na spotkanie i stanęła w progu.
- Wiem po co przychodzisz synu puszczy z Klanu Niedźwiedzia. – Powiedziała z uśmiechem.
- O Matko, nasza żywicielko, powiedz czy duch mnie mamił, czy chronił?
- Chroniła cię ta, którą do was ludzi posłałam, a ona ciebie pierwszego ujrzała, więc ty jej się ludzkim mężem staniesz. Jeśli ją pochwycić zdołasz i się nie ulękniesz.
- Nie ulęknę się, Matko Ziemio. – Obiecał.
- Wróć zatem do puszczy i znajdź uroczysko, ale bacz byś jego kręgu nie przekroczył. Gdy krzew kolczasty znajdziesz, chwyć go w ramiona, jak swą wybrankę i nie puść póki z sił nie opadnie. A wtedy zanieś do domu. I nie odwracaj się, choćbyś szloch własnej matki usłyszał, bo zaprzepaścisz duszę.
Arth postanowił zrobić tak, jak Matka Ziemia doradzała. I już następnego ranka wyruszył do puszczy uroczyska szukać.
Nim minęło południe dotarł do miejsca, gdzie go kolczaste krzewy przed upiorem uchroniły. Zdały mu się teraz mniejsze i nie tak ostre, więc bez wahania pochwycił je w ramiona. Jednak ostre ciernie nie były kruche, boleśnie wbiły się w jego ciało. Miał też wrażenie, że ostre pędy szarpią się i rozrastają. Ale Arth trzymał je mocno, mimo ran. Ostre krzewy zaczęły przybierać kobieca postać lecz nie przestawały się wyrywać, aż nie opadły z sił. Wówczas to w ramionach wojownika zamiast ostrych cierni pojawiła się piękna dziewczyna.
- Przeszedłeś próbę, teraz wiem, że Twój Lud godzien jest mej opieki, bo rodzą się w nim szlachetne dusze. – Wyszeptała dziewczyna.
- Nie wszystkie, ale dla nich warto walczyć z ciemnością. A tym, co błądzą wskazywać drogę. – Powiedział odgarniając jej włosy z twarzy.
- Jestem Kimya. – Przedstawiła się.
- A ja Arth.
Wojownik zabrał dziewczynę do swej chaty i pojął za żonę. Ona zaś w wianie ślubnym dała mu sadzonki kolczastej tarniny, którą mieszkańcy osady posadzili wokół swych domów. A miały te krzewy moc przysłaną wraz z Kimyą przez samą Matkę Ziemię. Chroniły ludzi od złych duchów, wiedźm, morowego powietrza i upiorów, które bały się ostrych kolców i uciekały przed nimi. Także burze wszelkie omijały domy, przy których rosła, a przy mogiłach pilnowała spokojnego snu przodków.
Kimya będąca częścią krzewu, który od Matki Ziemi ludziom przyniosła, jak nikt inny potrafiła złagodzić niedźwiedzią naturę swego męża. Nauczyła też ludzi, jak z tarniny przyrządzać nalewki zdrowotne, herbaty i soki uzdrawiające, oraz jak korzystać z magicznych mocy krzewu, z którego była zrodzona.
Do dziś, choć teraz w czary prawie nikt nie wierzy, moc taniny równoważy emocje i koi nerwy, a jej owoce i liście leczą i pobudzają w nas życiowe siły. I wciąż nas od uroków i złych duchów chronią, toteż warto uśmiechnąć się do kolczastych gałązek, gdy je w lesie lub przy świątyni jakiejś spotkamy.
.....................
Agnieszka Cupak

Komentarze