wtorek, 18 listopada 2014

Yaquitti

"Kobieta przy kawie" Barbara Skupniewicz
- Znowu zawiodłam wszystkich, nie spełniłam ich oczekiwań. No ale przecież nie jestem aniołem. –Westchnęła dziewczyna o smutnych oczach.
- Czy to jest takie istotne czy masz skrzydła czy nie? – Spytała Yaquitti, stawiając przed dziewczyną kubek z kawą. - Istotne jest, co ty sama o sobie myślisz. Poczuj swoją wyjątkowość.
- Nie jestem wyjątkowa, chyba, że wyjątkowość to przegrane życie, samotność i niezaradność. Mieszkam z córką u rodziców, od 3 miesięcy szukam pracy. Jestem nikim. – Upierała się.
Szamanka przesunęła w stronę gościa pudełko czekoladek.

- Każdy ma skrzydła. Pamiętasz tego Pana z psami, który zawsze siedział na schodach przejścia podziemnego? – Spytała
- Tak, nazywali go Tańczący z Wilkami. – Dziewczyna po raz pierwszy spojrzała na Yaquitti.
- Bezdomny kloszard, siedzący ze swymi psami. Można by powiedzieć, że kompletny Nikt, przegrany. A jednak wrósł w to miasto jak jego ikona, i był, kim był z wyboru, nie kolei losu. Wiesz, że był doktorem filozofii? Zawsze chciał zostać kloszardem i został. Był wolny, do samego końca. To były jego skrzydła. Żył sobie ze swymi psami tam gdzie chciał. Był wolny, dziki jak może być dziki wilk, nie ograniczało go nic, a przede wszystkim nie ograniczał go własny umysł i własne postrzeganie siebie. Odrzucił konwenanse, odrzucił to, co wypada a co nie, co mówią i myślą inni. Żył dla siebie i swoich psów. Nie było w nim lęku.
- I nie było lęku w żadnym z wielkich, choćby wydawali nam się nie wiedzieć jak maluczcy. – Ożywiła się dziewczyna.
- Dokładnie. Zobacz, kim tak naprawdę był Jezus? – Przytaknęła szamanka
- Synem Boga.
- Podobno, ale poza tym synem cieśli. Prostym, niepiśmiennym Żydem, który nie chciał iść w ślady ojca, więc został mistykiem. Miał w sobie dość odwagi by uwierzyć w swe boskie pochodzenie. On nie szukał potwierdzenia tego, że jest synem bożym. On dawał temu świadectwo swoimi czynami. Ale zanim to nastąpiło zaakceptował wiedzę, jaką poznał sięgając w głąb siebie. Nie umiał pisać, nie miał pieniędzy, nie miał wpływowych rodziców, a jednak poszedł za sobą a nie za innymi. Uwierzył i zaakceptował swoją boskość, a nawet nauczał że każdy ma ją w sobie. Był wolny, wybrał drogę i trzymał się jej z pełną odpowiedzialnością za swój wybór. Nie wyparł się tej drogi nawet w obliczu śmierci.
A Sidharta? Miał z kolei dość odwagi by porzucić wygodne życie hinduskiego księcia, zamienić drogie szaty i wspaniałe jadło na sandały i kawałek materiału. Nie dlatego, że chciał przejść do historii jako książę ale jako Budda. Oświecony. Uwierzył w to, że może stać się Buddą i poszedł realizować swoje zamierzenia. Nie szukał potwierdzenia u innych tego Kim jest, ale zaakceptował siebie jakim był, zmieniał własne wzorce by stać się kimś innym i osiągnął to. Uwierzył, że jego droga jest słuszna, nie pozwolił manipulować sobą z wygody czy lęku. Nie patrzył na to, co mówią inni tylko szedł swoją drogą. A prawdy, jakie poznawał sięgając w siebie, nie odrzucał, jako niemożliwych tylko dlatego, że objawiły się jemu, a nie jakiemuś guru. I miał odwagę je głosić, ale też wziął za to odpowiedzialność.
- Nie jestem i nie będę Jezusem ani Buddą. – mruknęła dziewczyna
- Nie, i nikt ci nie każe być. Nie musisz głosić swoich prawd całemu światu czy oczekiwać ze świat pójdzie za twoimi prawdami. Ale idź za nimi sama. Jakie wówczas ma znaczenie czy jesteś gruba czy szczupła, młoda czy stara, samotna czy mężatka, bogata czy biedna? Wybrałaś drogę i idziesz nią. Jeśli komuś się nie podoba to trudno. Czy musi? Nie musi. Czy to jego droga czy twoja? Tobie też nie każdy się podoba, nie każdego widzisz pięknym, wielu oceniasz niepochlebnie. Daj im takie samo prawo względem ciebie. I naucz się być ponad to. A przede wszystkim wyzbądź się lęku. On prowadzi do tego miejsca, w którym jesteś teraz. Do życia według słów i ocen innych, a nie według siebie. – Dodała sięgając do pudełka z czekoladkami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz